Złożywszy wizytę w mych rodzinnych i nieco bardziej na południowy-wschód stronach, spotkałam się z zapytaniami, a wręcz ponagleniami, dotyczącymi mojego rzekomo już umarłego bloga. Otóż dziś przed wiadomościami a po wieczorynce wygłoszę orędzie do narodu, iż żyję, piekę, biegam i pracuję (bez zbytniego przekonania) i obiecuję poprawę częstotliwości postowania.
Dziś z okazji ostatniego dnia w roku 2013 składam serdeczne noworoczne życzenia szczęścia, miłości i wszelkiego bogactwa we wszelkich dziedzinach. Hurra, już za parę godzin wszyscy będziemy świętować fakt, iż postarzejemy się o rok! ;P
Muffiny marchewkowo-jabłkowe
1 1/2 szklanki mąki żytniej typ 720 (w przepisie oryginalnym była zwykła mąka pszenna)
6 kopiastych łyżek cukru pudru
1 łyżka cynamonu
szczypta gałki muszkatołowej
szczypta soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 średnie jabłka starte na tarce na małych oczkach
2 średnie marchewki starte na małych oczkach
2 jajka
50 g posiekanych orzechów laskowych
2 łyżki namocznonych we wrzątku rodzynek
1/3 szklanki oleju
Mąkę wymieszać z cukrem, proszkiem do pieczenia, cynamonem, solą, gałką, sodą i orzechami. W drugiej misce połączyć wszelkie mokre składaniki (jabłka i marchew odcisnąć z soku). Połączyć mokre składniki z suchymi, wymieszać łyżką i napełnić foremki do muffinek. Piec 20 minut w piecu nagrzanym do 190 stopni.
Muffiny są bardzo proste, szybkie i smaczne. Wg gustu można dodać też posiekane migdały, orzechy włoskie, czekoladę, żurawinę lub cokolwiek.
Smacznego!!!
I jeszcze techniczne PS
Ostatnio próbowałam oglądać coś online i jakiś program automatycznie zapisał mi się na komputerze i od tego momentu mam ogromne problemy z przeglądarkami. Otwarcie bloga i pisanie posta na Mozilli jest niemożliwe (nie mam okna do pisania i edycji), cały czas otwierają się pop-upy (pomimo tego, iż mam zaznaczoną opcję "blokuj wyskakujące okienka") i przeglądarka nie zapamiętuje ustawień. Musiałam odpalić bloga przez Explorera (o losie!) ale i tak jedyną mozliwością jest tu pisanie przez HTML. Popytajcie i pomóżcie, plis!!! :/
wtorek, 31 grudnia 2013
wtorek, 24 września 2013
Ptysie z kremem waniliowym z maliniami
Dziś ptysie urodzinowe. Poza przepisem, sama sobie składam wszystkiego dobrego w dniu urodzin :)
Ptysie z kremem waniliowym z malinami
Ptysie:
125 ml mleka tłustego
125 ml wody
50 g masła
150 g mąki pszennej
25 g mąki ziemniaczanej
5 jajek
Mleko, wodę i masło wkładamy do garnka i doprowadzamy do wrzenia, po czym wsypujemy przesiane i połączone ze sobą mąki (wsypujemy na raz) i energicznie mieszamy ok 30-45 sekund cały czas trzymając na ogniu.
Po tym czasie powinna zrobić nam się w garnku "klucha", którą przekładamy do miski i studzimy. Po wystudzeniu, dodajemy po jednym jajku i ucieramy mikserem. Blachę wyłożyć papierem i na papierze narysować małe kółka (np. kieliszkiem), przełożyć ciasto do szprycy lub rękawa cukierniczego i szprycować ciasto na blachę. Włożyć blachę do pieca nagrzanego do 180 st (bez termoobiegu 200 stopni) i piec do zbrązowienia około 25-30 min. Odstawić do wystygnięcia, po czym przekroić ptysie na pół.
Krem waniliowy:
300 ml śmietanki 30%
30 g cukru pudru
250 g serka homogenizowanego waniliowego
maliny
cukier puder do posypania
Ubić na sztywno śmietankę i potem stopniowo połączyć ją z pudrem i serkiem waniliowym. Szprycować krem na ułożone spodnie krążki ptysiów, wcisnąć w krem po parę malin, przykryć wierzchem ptysia i posypać całość pudrem.
sobota, 31 sierpnia 2013
Babeczki bananowo-czekoladowe
Dzisiaj wizytacja, goście, wielka inkwizycja. Przyjaciele w sensie. Postanowiłam zaczerpnąć ze strony Joy of Baking i upiec babki bananowo-czekoladowe z kremem. Efekt końcowy podoba mi się,, ale wygląd mojej kuchni po tych zabiegach upiększających już nie. Moja machineria dekoracyjna jakoś nie za bardzo kompatybilna jest z lukrem, kremem czy cokolwiek to było. Albo trza było cisnąć ile sił Bozia dała albo samo toto wyskakiwało ze szprycy. No, łatwo nie było, ale darowanemu koniowi się w babeczkę nie zagląda, jak to mówi stare przysłowie. Z resztą goście są gatunkiem specyficznym i generalnie zeżro co im się pod nos podo. :)
Babeczki bananowo-czekoladowe z kremem czekoladowym
Babeczki:
200 g cukru
130 g mąki
35 g ciemnego kakao
3/4 łyżeczki sody
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
Wszystkie suche składniki wymieszać w misce.
1 bardzo dojrzały banan (z ciemnymi plamami)
1 jajko
120 ml letniej wody
60 ml oleju (bezzapachowy, rzepakowy, z pestek winogron etc)
60 ml mleka
3/4 łyżeczki esencji waniliowej
Banana rozgnieść w misce bardzo dokładnie widelcem, dodać całą resztę składników mokrych i wymieszać widelcem. W misce z suchymi zrobić dołek i wlać mokre składniki, wymieszać łyżką (nie mikserem). Ciasto będzie dość rzadkie.
Porozlewać do foremek na babeczki i włożyć do rozgrzanego do 180 st pieca na 18-20 min (u mnie po dokładnie 18 minutach były gotowe- upieczone a w środku lekko wilgotne).
Krem:
90 g gorzkiej czekolady
113 g masła (bardzo miękkiego)
120 g cukru pudru (przesianego)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i bardzo dobrze wystudzić. Masło ubić na puszystą masę mikserem i po kilku minutach ubijania dodać cukier puder (musi być przesiany, bo często w pudrze są grudki) i dalej ubijać. Po chwili dodać wanilię i wlać czekoladę. Ubijać parę minut. Wepchnąć masę do szprycy lub rękawa cukierniczego i dekorować całkowicie wystudzone babeczki wg gustu.
I pytanie bonusowe:
Co zrobiłam z plamą na obrusie na ławie?
a) uprałam obrus
b) zamazałam plamę markerem co by widać nie było
c) przesunęłam miskę z jabłkami na tę plamę
Tym razem Was zaskoczę, odpowiedzi b i c razem :):):)
Miłego ostatniego weekendu wakacji (chlip).
piątek, 30 sierpnia 2013
Krem z groszku zielonego
Powiem Wam szczerze, że noszę się z zamiarem napisania książki. Szkopuł polega jednak na tym, iż za każdym razem kiedy obmyślam fabułę, wątki lub same już dialogi to jest to tak świetnie przemyślane i z takim jajem, że zaraz jak kończę wymyślać te historie to zaraz włącza mi się kolejna fantazja jak publikują mnie a potem dzwoni sam Spielberg, że chce mi tę powieść zekranizować. No cóż z tego, kiedy zasiadam do kartki to te super dialogi wydają się tandetne a pomysły rodem z harlekina. Widać muszę skupić się na gotowaniu. Ah jo. Więc oto zupa z zielonego groszku.
Groszek super eko- i bio- i naturalny w 100% bo z maminego ogródka, ale na tym świecie nic nie jest za darmo, gdyż ja osobiście razem z Tatą skubaliśmy pińcet wiader tegoż groszku w pocie czoła przez trylion (dosłownie) godzin.
Ale zupa pyszna! (jak kto groszek lubi :))
Zupa-krem z zielonego groszku
500 g świeżego bądź zamrożonego groszku zielonego
3 duże ziemniaki
rosół (ja dałam kostki rosołowe)
przyprawy (sól, pieprz, gałka muszkatołowa)
W bulionie/rosole gotować ziemniaki, jak będą w połowie miękkie, dodać groszek, jak wszystkie warzywa będą miękkie, doprawić i całość zblendować. Podawać z grzankami razowymi (razowy chleb w kostkę i na patelnię) i śmietaną.
Bon apetit!
piątek, 23 sierpnia 2013
Wielki kambak
No Hesus Maryja!
Dużo wody w rzekach upłynęło od mej ostatniej tu bytności. Składam oświadczenie, iż żyję, mam się dobrze i zacznę działać od początku już niedługo. W sumie to oprócz przerw w dostawie Internatu, rozjazdów, bezczelnego uprawiania smażingu i beachingu w Kroacji oraz odwiedzania ludzkości, to nie mam absolutnie nic na swoje usprawiedliwienie takiej nieobecności. W zasadzie to urlop minął tak szybko, że aż strach, który krystalizuje się przede mną w postaci poniedziałkowego powrotu do Fabryki. No cóż, że tak sę westchnę, nie docenilibyśmy uroków wakacji, gdyby nie codzienna, szara, mdła, nudna, pergaminowa, gazetowa, etc rzeczywistość, nieprawdaż?
Z tym retorycznym pytaniem zostawiam Was (jeśli chtokolwiek się tu ostał był) i mówię: Do zobaczenia wkrótce! :)

środa, 5 czerwca 2013
Bożociałówka
Drogie Brawo,
dostałam ostatnio cynk, że nieczęsto tu bywam i powinnam zwiększyć częstotliwość tu bywania, więc zamieszczam kuchenno-turystyczną relację z pobytu z Bożociałówki.
Mam parę uwag, komentarzy raczej:
1. Nie warto się odchudzać. W sensie nigdy, bo trzymasz linię, jedziesz na długi weekend, robisz dwa ciasta, jesz je w 2 dni, i wszystko curyk wraca. Bezsens.
2. Warto odwiedzać małe miejscowości. W pubie (miejscowość musi być na tyle duża coby posiadać pub) zapłaciłam za dżin z tonikiem 8 PLN. W Sopocie to zaczynasz gadać od 24 PLN (jak chto dobry jest z matematyki, se policzy).
3. Nie zabiera się pracy na długie weekendy. Po prostu się nie zabiera. I tak się niczego nie tknie. Oprócz ciasta, rzecz jasna, ale to jak kto ma ciasta w zawód wliczone. Czyli np. cukiernicy. Sens jest taki, że się nie zabiera pracy na długie weekendy.
4. Niczem w Anglii, ostatnio i w Polsce trzeba nosić kalosze, japonki, parasol i krem z flirtem ze sobą w jednym bagażu. Na stacji A zima i śnieg, trzaskające mrozy, na stacji B upał i skwar (trochę przesadziłam z przedstawieniem pogody, ale kumacie generalnie sens).
To tyle. Teraz do rzeczy. Wiadomo, że jak pierwsze wiosenne owoce i warzywa, to się rabarbar pojawi. Tera rabarbar, potem zapewne maleny się pojawią. Wszystko cyklicznie i się obraca i wraca do punktu wyjścia.
Wybaczcie brak entuzjazmu, alem zrypana jak pies. Odliczam do urlopu! Dwa poniedziałki jeszcze!!! :)
Drożdżówka z rabarbarem
przepis ze zdjęcia, fotografia wykonana ze starej książki kucharskiej mojej Mamy, nieco zmodyfikowana. W przepisie dali za mało mąki (ja wsypałam ze 125% więcej) i oczywiście między ciasto właściwe a kruszonkę wsadziłam około 600 g pociętego i wytarzanego w cukrze rabarbaru. Kruszonki też dwa razy więcej zrobiłam, bo lubię.
Książka kucharska dzięki uprzejmości Mamy, zdjęcia rejonu dzięki Tacie :) a dwie nowe sukienki dzięki Siostrze :)
niedziela, 12 maja 2013
Sernik bananowy
Po sąsiedzku. W zamian za zajęcie się moim mieszkaniem podczas remontu, upiekłam sąsiadom sernik, którego kawałek mi przynieśli, gdyż muszę przecież "sama go spróbować". No naprawdę oni mili. W przeciwieństwie do robotników, którzy źle wykonali robotę i jeszcze mi chatę nabrudzili. Im sernika nie piekę.
Najgorsze w weekendach jest to, że się szybko kończą. Jestem jakaś taka zmęczona i nie czuję się wypoczęta, mam jeszcze trochę roboty, a już zaraz ósma. Nie lubię poniedziałków. Ale byle do długiego weekendu bożociałowego :)
Sernik bananowy
1 kg sera na serniki
1 opakowanie budyniu (śmietankowego, waniliowego lub bananowego)
5 łyżek mąki (pszennej lub ziemniaczanej)
2 łyżeczki esencji waniliowej
4 dojrzałe duże banany
4 jajka
100 ml śmietanki do kawy (wydaje mi się, że kremówka też da radę)
plus dżem morelowy/brzoskwiniowy i kakao ciemne
Ser zmiksować z mąką i budyniem w proszku. Banany w misce rozciapkać widelcem, ugniataczem do ziemniaków bądź zblendować, po czym dodać do bananów wanilię i wymieszać. Miksować ser i dodawać po trochu banany i śmietankę oraz wbijać po kolei jajka. Piekarnik nagrzać do 175 stopni. Tortownicę (25 cm) wysmarować tłuszczem, na spód wyłożyć papier do pieczenia. Wlać masę serową i wstawić do pieca. Do piekarnika wstawić też naczynie żaroodporne z wrzącą wodą z czajnika. Sernik piec 60-75 min, jak po czasie zacznie brązowieć, można zmniejszyć temperaturę do 150 stopni.
Po upieczeniu i wystudzeniu pędzelkiem posmarować sernik dżemem i przez sitko posypać cienką warstwą kakao. Można udekorować bananami.
Smacznego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
