niedziela, 13 maja 2018

A kuku! I klopsiki - pulpety z ciecierzycy z warzywami

No niesamowite, że po 4 latach postanowiłam odgrzebać bloga i zacząć w nim znów gotować! (tzn. gotuję zawsze ale nie dokumentowałam i nie chwaliłam się tym tu:)). Takie to może niesprawiedliwe, że ktoś nagle znika i pojawia się dopiero po kilku latach na blogu, ale mam totalnie słomiany zapał, zero samodyscypliny i szybko mi się coś może znudzić. Na szczęście może też się od-nudzić :) Witojcie ponownie!

4 lata to bardzo długo, więc zrobię sobie kulinarny (i nie tylko) bilans zysków i strat. Dla niezainteresowanych osób, które przychodzą tu tylko po żarcie, przepis poniżej.

Zyski:

  • moje gotowanie jest 1 poziom wyższe ponieważ mam zmywarkę! (na liście moich ulubionych ludzi w życiu nadal zmywarka jest na miejscu 1.) i to zmywarkę, którą mam za darmo, bo ją wygrałam idąc po linii przysłowia, że głupi ma szczęście :) Zmywanie jest więc łatwiejsze. Jeszcze tylko niech coś wymyślą, żeby nad garami nie stać...  
  • podróże - małe i duże, zdjęcia, inspiracje i przepisy będę wplatać pomiędzy zwykle posty żebyście mogli mi zazdrościć (jeśli blog mi się nie znudzi po kilku miesiącach, ha ha),
  • kuchnia wegetariańsko-wegańska, coraz bardziej już odchodzę od produktów zwierzęcego pochodzenia i albo szukam alternatyw albo rezygnuję z masła, mleka, etc. Jeszcze nie jestem weganką, zdarzają mi się cheaty. Ale nie jem całkowicie mięsa (tak, ryb też nie jem, ryba to mięso).

Straty:
  • zdjęcia na blogu nadal będą niepierwszej jakości. Wszystkie blogi na świecie maja zdjęcia jak milion dolarów, to niech mój zostanie hipsterski i ma słabe foty,
  • jestem 4 lata starsza :P 
Teraz ad rem:

Kotleciki / pulpety / klopsy z ciecierzycy z warzywami

Składniki na 30 sztuk:

  • 2 cebule, drobno posiekane;
  • 1 duża czerwona papryka, drobno pokrojona w kostkę;
  • opakowanie mrożonego groszku (450 g); ugotowanego na parze;
  • opakowanie mrożonej marchewki w kostkę (450 g); ugotowanej na parze;
  • 400 g suchej ciecierzycy (plus soda oczyszczona do gotowania);
  • pęczek natki pietruszki, posiekany;
  • 1 łyżka skrobi / mąki ziemniaczanej;
  • bułka tarta do obtoczenia;
  • olej do smażenia;
  • pieprz;
  • przyprawy do smaku wg gustu (jak bardziej orientalnie - kumin, garam masala, jak prowansalsko: oregano, bazylia; ja nie dodawałam żadnych przypraw oprócz pieprzu).
Dzień wcześniej: ciecierzycę wsypać do dużego garnka, dodać1 łyżeczkę sody oczyszczonej i zalać wodą. Poziom wody powinien być wyższy od ciecierzycy o około 10 cm - ciecierzyca chłonie wodę. Postawić na noc (ja szykowałam się na imprezę i zapomniałam nastawić ciecierzycę, zrobiłam to po powrocie, moja moczyła się 7h i też było ok), żeby się namaczała, a następnego dnia ugotować w tej samej wodzie (ja gotowałam 1,5 h). Ostudzić. Zrobić z tego pastę jak na humus. 

I tu zaczęły się u mnie schody. Najcudowniej jak ktoś ma elektryczną maszynkę do mięsa i wtedy akcja pójdzie raz-dwa. Ewentualnie jak ktoś ma dobry blender to można zmiksować to wszystko blenderem. W moim życiorysie wielokrotnie udowadniałam, że sadomasochizm mam wpisany z difoltu, więc z braku powyższych urządzeń, namoczoną, ugotowaną, odcedzoną i ostudzoną ciecierzycę zgniotłam...praską do ziemniaków. Oczywiście ciecierzyca jest dużo twardsza i ma małe ziarna więc się napociłam i nagimnastykowałam. Jak ktoś nie lubi jednak wyzwań, mocno rekomenduję jedno z pierwszych dwóch urządzeń.

Na patelni usmażyć cebulę i paprykę. Ostudzić i całość przełożyć do zmielonej / zmiksowanej ciecierzycy. Patelni nawet nie myję, smażę na niej potem pulpety. 

Ugotowany na parze groszek i marchew ostudzić i dodać do masy ciecierzycowej. (Warzywa zawsze gotuję na parze w parowarze, bo te z wody ociekają wodąi są rozciapciane. Jak ktoś nie ma parowaru albo specjalnej wkładki do gotowania na parze, wlać malutko wody do garnka i gotować warzywa chwilę, pilnować, żeby się nie przypaliły). Dodać posiekaną natkę, pieprz, skrobię i ewentualnie przyprawy dowolnego wyboru (uwaga! ja nie stosuję soli, więc dla większości, ciecierzycowe pulpety mogą okazać się za mało słone. Dodać sól wg upodobań). Można dodać jajko albo glut siemienia lnianego ale ciecierzyca się trzyma i pulpety się nie rozpadają.

Formować niewielkie kulki i obtaczać w bułce tartej. Smażyć w głębokim tłuszczu lub w mniej głębokim i wtedy je obracać podczas smażenia.

Obtoczone w bułce pulpety czekają na usmażenie


Moje pulpety (jak jest w sumie różnica między pulpetami a klopsami?) podałam z puree z ziemniaków z olejem i gałką muszkatołową. Pulpety są pyszne, mają duże kawałki warzyw w sobie, nie są jednolite. Ale chyba i tak najbardziej z tego smakowały mi ziemniaki :) Uwielbiam ziemniaki :)

Porcję pulpetów i ziemniaczanego puree zabieram jutro do fabryki, niech zazdroszczą. 

Pulpety ciecierzycowe z warzywami i puree z ziemniaków z gałką muszkatołową


Wam życzę smacznego i udanego początku tygodnia (uf, uf, znów poniedziałek).


niedziela, 16 marca 2014

Tortille z nadzieniem szpinakowo-brokułowym z fetą

Dziś trening długi, a jak długi to znaczy ciężki. A jak ciężki, to znaczy, że wracam i przez całą niedzielę przebywam w kuchni i opróżniam ją niemal ze wszystkiego :) i w dodatku zmęczenie nie powoduje sprzątania po sobie od razu, skutkiem czego w kuchni i wszędzie w pokoju wokół mnie są porozstawiane i lekko już zastygające naczynia i sztućce :) O obiedzie na pięć fajerek dziś nie ma co mówić, nie mam siły stać nad garami, ale z resztek udało mi się zrobić pyszne danie. Nie pytam czy jest sycące, bo jest na pewno. Pytam na jaki okres jest sycące :)




Tortille szpinakowo-brokułowe z fetą

4 placki tortilli (pszenna lub wielozbożowa)
opakowanie mrożonych brokułów
opakowanie siekanego mrożonego szpinaku
cebula
czosnek
olej do smażenia
opakowanie sera typu feta
ser żółty (6 plastrów)
jajko
mały kubek śmietany
gałka muszkatołowa
sól, pieprz

Cebulę i czosnek (u mnie 3 ząbki, dodajcie, ile lubicie) obrać, posiekać i usmażyć na oleju, dodać rozmrożony szpinak i brokuły, wszystko dusić parę minut. Doprawić solą i pieprzem. To jest farsz do tortilli.

Na każdym placku rozsmarować średnio grubą warstwę fety (jest miękka, więc nożem daje radę), na to nakładać trochę farszu szpinakowo-brokułowego, zwijać w rulony. Każdy rulon przeciąć na pół i układać w wysmarowanym tłuszczem naczyniu żaroodpornym. Położyć na to ser żółty (może być w plastrach, może być tarty). W misce obok wbić jajko, dodać jogurt, świeżo startą gałkę muszkatołową, sól i pieprz i wszystko wymieszać porządnie widelcem. Zalać tortille w naczyniu i zapiekać paręnaście minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni aż wierch się zrumieni.

sobota, 1 marca 2014

Chlebek kukurydziano-marchewkowy

I już po Tłustym Czwartku. Oczywiście to bez sensu, że wszyscy czekają na ten dzień, żeby najeść się do syta pączkami i innymi tłustościami jakby na co dzień nie mogli. Ale jest w tym dniu jakaś magia, która pozwala nam na tę bezkarność i obżeranie się do woli pączkami. Ja kończę ten dzień z bilansem trzech pączków (wcześniejsze oponki się nie liczą :)) i byle do kolejnego Tłustego Czwartku.

Dziś miałam trening lekki i przyjemny, spędzony w większości na plotach i jakoś dystans nie straszny jak ma się super kompana, z którym można się pośmiać i poplotkować. Żeby tylko tak na każdych zawodach ktoś mógłby biec ze mną i gadać o głupotach. Zastanawiam się, czy wtedy wyniki byłyby lepsze czy gorsze. A po treningu chleb kukurydziany i ciastka kakaowo-migdałowe. Najpierw masa, później rzeźba :)

Pomimo tego, że nie dosypałam do chlebka ani grama cukru, jest on lekko słodki przez dość dużą ilość marchwi. Z zasady smakuje trochę jak ciasto, więc polecam go z dżemem, miodem, twarożkiem, ale jak ktoś chce zjeść z kiełbasą, to chyba nic się nie stanie. Sam w sobie też jest niesamowicie smaczny.



Chlebek kukurydziano-marchewkowy

5 średnich marchewek
4 jajka
400 g mąki kukurydzianej
1 łyżka cynamonu
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
200 ml oleju
garść rodzynek (namoczonych na kilka minut we wrzątku)
posiekana garść migdałów

Jajka wbić do miski i mikserem roztrzepać, wlać olej i dodawać po łyżce mąki wymieszanej z sodą, cynamonem i proszkiem do pieczenia oraz po łyżce startej na drobnych oczkach marchwi (nie odciskać soku, chlebek wtedy będzie bardziej wilgotny). Na koniec dodać odsączone rodzynki i migdały. Wymieszać (ciasto będzie bardzo gęste). Przelać do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia i piec w nagrzanym piecu 40-50 minut (do suchego patyczka) w 170 stopniach. Ostudzić i kroić.

niedziela, 16 lutego 2014

Karnawał! Oponki serowe

Na wczorajszą imprezę usmażyłam oponki serowe, bardzo smakowały, ale serio branie miały dopiero na dzisiejszym treningu. Nie wiem, czy dlatego, że były pyszne, czy ludziom brakowało składników odżywczych po bieganiu.  Mówię sobie, że to pierwsze. Na drugi dzień już nie są takie puszyste, ale też bardzo smaczne. 

Oponki są klasycznym (przynajmniej w mojej rodzinie) karnawałowym przysmakiem. Nie lubię faworków, bo są zbyt kruche i mają, jak to mówi moja mama, za mało mięsa. Nie ma tam czego ugryźć. Ale oponki, na tłustym twarogu, są niezwykle puszyste i  po prostu rozpływają się w ustach. 

Zazwyczaj nie lubię przepisów, gdzie używa się tylko części produktów (np. tutaj same żółtka), bo potem nie wiem co zrobić z resztą. Z białkami jest o tyle łatwo, że po prostu można następnego dnia usmażyć sobie lekki omlet z samych białek. Ja dziś po treningu właśnie tak zrobiłam. Omlet z natką :)

Rano pogoda była lekko do bani, a teraz piękne słońce. Kto idzie ze mną na spacer? :)

 




Oponki serowe

250 g tłustego twarogu
4 żółtka
3 łyżki śmietany
40 g stopionego masła (ja dałam masło kokosowe, innego nie miałam, i z braku wolnego garnka roztopiłam je w misce na...kaloryferze :D)
skórka z cytryny
1 łyżeczka wódki/octu/spirytusu (nie będzie go czuć, to tylko dlatego, żeby oponki nie wchłaniały dużo tłuszczu, ja dałam rum)
ok 300 g mąki
2 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka sody

cukier puder i cynamon

tłuszcz do smażenia (u mnie zwykły olej rzepakowy)

Twaróg przecisnąć przez praskę (ja rozdziabałam takim rozdziabaczem do ziemniaków), dodać żółtka, śmietanę, przestudzone masło, skórkę z cytryny i alkohol. Zmiksować na gładką masę (moja nie była aż taka gładka, widać było grudki twarogu).

W drugiej misce połączyć wszystkie sypkie (mąka, puder i soda) i dolać masę twarogową. Zarobić ręką ciasto. Jeśli będzie zbyt płynne, dodać trochę mąki, ale nie za dużo, tylko tyle, żeby ciasto dało się wałkować; zbyt duża ilość mąki sprawi, że oponki będą twarde. Ciasto powinno być miękkie i aksamitne.

Rozwałkować ciasto (u mnie dość grube)  i wykrawać oponki. Ja używałam szklanki+kieliszka. Ścinki i środki wałkować z powrotem i robić nowe oponki. Wszystkie oponki wyłożyć na czystą ściereczkę. Przygotować talerz z ręcznikiem papierowym. Do garnka wlać olej (ja daję mało tego oleju, około 200-300 ml w małym garnku, bo nie lubię marnowania żywności) i rozgrzać go. Najpierw wrzucić kawałek ciasta na próbę i zobaczyć jak się smaży. Nie może smażyć się za szybko, bo oponki szybko zbrązowieją, a w środku mogą być surowe. Najlepiej na średnim ogniu. Po smażeniu wyłożyć na chwilę na papier, a potem, jeszcze gorące, do wymieszanego w misce pudru z cynamonem. 

Podawać gorące, zimne, świeże, czerstwe, na imprezie, po biegach lub jakkolwiek :)

Smacznego.

sobota, 15 lutego 2014

Karnawał! - Chlebek czekoladowo-bananowo-fistaszkowy

Za każdym razem kiedy rozmawiam z moją siostrą, mam rewelacyjny humor i czuję, że mogę zdobyć wszystko, pojechać wszędzie i robić wszystko na co mam tylko ochotę i świat stoi dla mnie otworem. Należy ona do, jak to ja nazywam, sekty pozytywnego myślenia, bo wszędzie rozsiewa pozytywną energię, zapał i uśmiech. Trudno nie bawić się dobrze w jej towarzystwie pod warunkiem totalnego braku marudzenia. Od razu po takich rozmowach chce mi się chodzić do pracy, ale nie ze względu na to, iż kocham to miejsce, ale dlatego, że wiem, że trudna środowiskowo praca schodzi od razu na drugi plan. Olewać to wszystko, durną dyrektorkę z jej komisjami do spraw odpowiedniego nachylenia liter w dokumentach (sic!), najważniejsze są pozytywne emocje i energetyczni ludzie, jakimi się powinniśmy otaczać. Muszę kiedyś podesłać jej ten chlebek :)



Chlebek czekoladowo-bananowo-fistaszkowy

1 3/4 szklanki mąki pełnoziarnistej (u mnie żytnia, może być też z powodzeniem pszenna jak ktoś tylko taką ma)
1/2 szklanki cukru brązowego (chlebek nie jest słodki, nie jest to ciasto)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 dojrzałe banany
3 jajka
130 ml stopionego masła
100 g posiekanej gorzkiej czekolady (może być też biała lub mleczna- wg gustu)
puszka niesolonych prażonych fistaszków

W misce wymieszać suche składniki- mąkę, kakao, proszek do pieczenia i cukier. W osobnej misce rozgnieść widelcem lub takim wihajstrem do rozgniatania ziemniaków banany, dodać jajka i ostudzone masło. Dobrze wymieszać. Do mokrych składników dodawać suche i mieszać (niekoniecznie mikserem, łyżka daje radę, pod koniec masa jest bardzo gęsta). Na koniec dodać posiekaną czekoladę i znów wymieszać.

Przełożyć do wysmarowanej lub wyłożonej papierem do pieczenia keksówki i na wierzch wyłożyć fistaszki (ja nie siekałam ich) i lekko dłonią docisnąć, bo po upieczeniu będą spadać. Piec 50-60 min w 180 stopniach do suchego patyczka. Ja ostatnie 15 min zakryłam keksówkę papierem, żeby fistaszki się nie spaliły. 

Chlebek jest rewelacyjną przekąską, można posmarować serkiem, miodem, dżemem albo jeść tak na sucho. Można tez dodać inne orzechy, bakalie, wiórki etc. Stanowi bardzo dobre źródło magnezu (czekolada i kakao) i potasu (banany), świetne jako niesłodka ale wartościowa i odżywcza przekąska).

Smacznego!

niedziela, 9 lutego 2014

Tarta czekoladowo-kokosowa z pistacjami

Dziś mój internet i mój mózg chodzą bardzo powoli i bardzo ospale. Żeby napisać tego posta i przy okazji nie rzucić komputerem o ścianę, w trackie ładowania się strony grałam sobie w pasjansa na kompie. A że na najsłabszym poziomie zaawansowania pasjansa przegrałam aż dwa razy to można sobie wyobrazić jak funkcjonuje internet. Jest XXI wiek, (prawie) centrum nowoczesnej metropolii, nie ma śnieżyc, wichur ani innych anomalii, słońce świeci, a internet działa z prędkością lodowca. Na poprawę humoru dawka magnezu.

Słodka tarta z gorzką czekoladą i słonymi pistacjami.




Składniki na spód:

100 g mąki (ja dałam żytnią)
50 g wiórków kokosowych
2 spore łyżki masła kokosowego (lub 1/4 kostki masła lub margaryny, roztopionej)
2 łyżki cukru pudru

Suche składniki wymieszać w misce widelcem, dodać stopiony i przestudzony tłuszcz, wymieszać, powkładać do kokilek lub foremek do małych tart (lub do jednej dużej) i przycisnąć do spodu łyżką lub palcami. Rozgrzać piec do 180 stopni i piec 15-20 min. Ostudzić.

140 g mleka kokosowego z puszki
100 g czekolady gorzkiej
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
100 g pistacji obranych z łupinek i przepłukanych w celu pozbycia się soli

Czekoladę połamać na kostki i wrzucić do miski, zalać bardzo gorącym mlekiem kokosowym i dodać wanilię. Poczekać aż czekolada się rozpuści i wymieszać na jednolitą płynną masę. 

Pistacje posiekać. Na dno kokilek wsypać posiekane pistacje (trochę odłożyć do dekoracji wierzchu), zalać masą czekoladowo-kokosową i posypać resztą pistacji. Chłodzić w lodówce minimum godzinę.

Masa czekoladowa jest dość gorzka, jeśli ktoś lubi słodsze, można użyć mlecznej czekolady bądź do masy dodać cukru pudru.

Składniki na 4 średnie kokilki.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Burgery z soczewicy na ostro

Napisałam sztukę teatralną opartą na faktach (tak, tak; autentycznych!).


Ja: Nie jem mięsa.
Ludzkość: To co ty jesz?!?!

Kurtyna.

Dziś jestem pierwszy dzień po urlopie, szybko wyszłam z Fabryki, a drzemiąc w domu o godzinie 16-tej, przypomniałam sobie po niewczasie (jak zwykle), że miałam jeszcze jedną Ważną Sprawę tam załatwić. Nie załatwiłam jej (jak zwykle), bo wszelka ludzkość z Fabryki rozeszła się jak robactwo po Nowym Jorku i już nie było komu niczego przekazać. Jutro zapewne wybuchnie aferka (afera to raczej nie, bo nie pracuję na szczeblu prezydenckim) i już drugiego dnia (jak zwykle) będę świecić oczami. O losie!

Nic to. Ubogo w pracy, bogato w kuchni, jak to mówi słynne przysłowie.




Burgery z soczewicy

150 g czerwonej soczewicy
1 jajko
parę łyżek bułki tartej (lub mąki jakiejkolwiek, kukurydzianej, pszennej, pełnoziarnistej)
gałka muszkatołowa
papryka ostra
2 ząbki czosnku

olej do smażenia

warzywa wg gustu

pieczywo wg gustu

Soczewicę wsypać do garnka i zalać dość dużą ilością wody, lekko posolić, doprowadzić do wrzenia i gotować do rozgotowania się, czyli 12-17 minut. Ja soczewicę szumuję, czyli zbieram z wierchu tę białą pianę jaka wydobywa się z gotowania ziaren wysokobiałkowych. Odcedzić na gęstym sitku (w żadnym razie nie przez durszlak, bo wszystko wyleci) i wrzucić z powrotem do garnka do ostygnięcia. 

Jak soczewica ostygnie, dodać jajko, przyprawy (ja standardowo daję gałkę i paprykę lub pieprz kajeński bo lubię ostre, można dać ulubione przyprawy, bazylia, rozmaryn, zioła prowansalskie, sól, pieprz etc.) i przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodać parę łyżek bułki lub mąki (zależy od tego, jak dobrze soczewica była odcedzona; masa ma dać się formować w kotleciki). Formować niewielkie kotleciki i smażyć na rozgrzanej patelni na złoto. Kotlety szybko się smażą, jeśli uformowaliście za duże i boicie się "surowego" środka, nic się nie przejmować. Soczewica była wcześniej ugotowana. To nie mięso, nie może zaszkodzić.

Jeśli ktoś jest jeszcze bardziej zainteresowany zdrowiem i beztłuszczowością w swym życiu, to może uformować kotlety i upiec je na blasze w piecu.

Przekroić pieczywo, ew posmarować masłem, ułożyć sałatę, na to kotlety, można polać keczupem, majonezem, sosem do hamburgerów, wszystkim wg gustu i ułożyć na tym warzywa. U mnie po kolei:

-buła ciemna
-sałata masłowa
-kotlety dwa duże
-majonez i musztarda
-roszponka
-ogórek kiszony w plastrach
-pomidor
-cebula w krążkach
-papryka czerwona w paseczkach
-pieczarki surowe w plastrach
-buła ciemna wierch

więcej ingrediencji nie pamiętam i żadnego nie żaluję

Smacznego.

wtorek, 31 grudnia 2013

Sylwestrowe muffiny marchewkowo-jabłkowe

Złożywszy wizytę w mych rodzinnych i nieco bardziej na południowy-wschód stronach, spotkałam się z zapytaniami, a wręcz ponagleniami, dotyczącymi mojego rzekomo już umarłego bloga. Otóż dziś przed wiadomościami a po wieczorynce wygłoszę orędzie do narodu, iż żyję, piekę, biegam i pracuję (bez zbytniego przekonania) i obiecuję poprawę częstotliwości postowania.


Dziś z okazji ostatniego dnia w roku 2013 składam serdeczne noworoczne życzenia szczęścia, miłości i wszelkiego bogactwa we wszelkich dziedzinach. Hurra, już za parę godzin wszyscy będziemy świętować fakt, iż postarzejemy się o rok! ;P


Muffiny marchewkowo-jabłkowe

1 1/2 szklanki mąki żytniej typ 720 (w przepisie oryginalnym była zwykła mąka pszenna)
6 kopiastych łyżek cukru pudru
1 łyżka cynamonu
szczypta gałki muszkatołowej
szczypta soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 średnie jabłka starte na tarce na małych oczkach
2 średnie marchewki starte na małych oczkach
2 jajka
50 g posiekanych orzechów laskowych
2 łyżki namocznonych we wrzątku rodzynek
1/3 szklanki oleju


Mąkę wymieszać z cukrem, proszkiem do pieczenia, cynamonem, solą, gałką, sodą i orzechami. W drugiej misce połączyć wszelkie mokre składaniki (jabłka i marchew odcisnąć z soku). Połączyć mokre składniki z suchymi, wymieszać łyżką i napełnić foremki do muffinek. Piec 20 minut w piecu nagrzanym do 190 stopni.

Muffiny są bardzo proste, szybkie i smaczne. Wg gustu można dodać też posiekane migdały, orzechy włoskie, czekoladę, żurawinę lub cokolwiek.


Smacznego!!!


I jeszcze techniczne PS
Ostatnio próbowałam oglądać coś online i jakiś program automatycznie zapisał mi się na komputerze i od tego momentu mam ogromne problemy z przeglądarkami. Otwarcie bloga i pisanie posta na Mozilli jest niemożliwe (nie mam okna do pisania i edycji), cały czas otwierają się pop-upy (pomimo tego, iż mam zaznaczoną opcję "blokuj wyskakujące okienka") i przeglądarka nie zapamiętuje ustawień. Musiałam odpalić bloga przez Explorera (o losie!) ale i tak jedyną mozliwością jest tu pisanie przez HTML. Popytajcie i pomóżcie, plis!!! :/



wtorek, 24 września 2013

Ptysie z kremem waniliowym z maliniami

Dziś ptysie urodzinowe. Poza przepisem, sama sobie składam wszystkiego dobrego w dniu urodzin :)




Ptysie z kremem waniliowym z malinami

Ptysie:
125 ml mleka tłustego
125 ml wody
50 g masła
150 g mąki pszennej
25 g mąki ziemniaczanej
5 jajek

Mleko, wodę i masło wkładamy do garnka i doprowadzamy do wrzenia, po czym wsypujemy przesiane i połączone ze sobą mąki (wsypujemy na raz) i energicznie mieszamy ok 30-45 sekund cały czas trzymając na ogniu.
Po tym czasie powinna zrobić nam się w garnku "klucha", którą przekładamy do miski i studzimy. Po wystudzeniu, dodajemy po jednym jajku i ucieramy mikserem. Blachę wyłożyć papierem i na papierze narysować małe kółka (np. kieliszkiem), przełożyć ciasto do szprycy lub rękawa cukierniczego i szprycować ciasto na blachę. Włożyć blachę do pieca nagrzanego do 180 st (bez termoobiegu 200 stopni) i piec do zbrązowienia około 25-30 min. Odstawić do wystygnięcia, po czym przekroić ptysie na pół.

Krem waniliowy:
300 ml śmietanki 30%
30 g cukru pudru
250 g serka homogenizowanego waniliowego
maliny
cukier puder do posypania

Ubić na sztywno śmietankę i potem stopniowo połączyć ją z pudrem i serkiem waniliowym. Szprycować krem na ułożone spodnie krążki ptysiów, wcisnąć w krem po parę malin, przykryć wierzchem ptysia i posypać całość pudrem.

sobota, 31 sierpnia 2013

Babeczki bananowo-czekoladowe

Dzisiaj wizytacja, goście, wielka inkwizycja. Przyjaciele w sensie. Postanowiłam zaczerpnąć ze strony Joy of Baking i upiec babki bananowo-czekoladowe z kremem. Efekt końcowy podoba mi się,, ale wygląd mojej kuchni po tych zabiegach upiększających już nie. Moja machineria dekoracyjna jakoś nie za bardzo kompatybilna jest z lukrem, kremem czy cokolwiek to było. Albo trza było cisnąć ile sił Bozia dała albo samo toto wyskakiwało ze szprycy. No, łatwo nie było, ale darowanemu koniowi się w babeczkę nie zagląda, jak to mówi stare przysłowie. Z resztą goście są gatunkiem specyficznym i generalnie zeżro co im się pod nos podo. :)




Babeczki bananowo-czekoladowe z kremem czekoladowym

Babeczki:
200 g cukru
130 g mąki
35 g ciemnego kakao
3/4 łyżeczki sody
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli

Wszystkie suche składniki wymieszać w misce.

1 bardzo dojrzały banan (z ciemnymi plamami)
1 jajko
120 ml letniej wody
60 ml oleju (bezzapachowy, rzepakowy, z pestek winogron etc)
60 ml mleka
3/4 łyżeczki esencji waniliowej

Banana rozgnieść w misce bardzo dokładnie widelcem, dodać całą resztę składników mokrych i wymieszać widelcem. W misce z suchymi zrobić dołek i wlać mokre składniki, wymieszać łyżką (nie mikserem). Ciasto będzie dość rzadkie.
Porozlewać do foremek na babeczki i włożyć do rozgrzanego do 180 st pieca na 18-20 min (u mnie po dokładnie 18 minutach były gotowe- upieczone a w środku lekko wilgotne).

Krem:
90 g gorzkiej czekolady
113 g masła (bardzo miękkiego)
120 g cukru pudru (przesianego)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i bardzo dobrze wystudzić. Masło ubić na puszystą masę mikserem i po kilku minutach ubijania dodać cukier puder (musi być przesiany, bo często w pudrze są grudki) i dalej ubijać. Po chwili dodać wanilię i wlać czekoladę. Ubijać parę minut. Wepchnąć masę do szprycy lub rękawa cukierniczego i dekorować całkowicie wystudzone babeczki wg gustu. 




I pytanie bonusowe:

Co zrobiłam z plamą na obrusie na ławie?
a) uprałam obrus
b) zamazałam plamę markerem co by widać nie było
c) przesunęłam miskę z jabłkami na tę plamę

Tym razem Was zaskoczę, odpowiedzi b i c razem :):):)

Miłego ostatniego weekendu wakacji (chlip).

piątek, 30 sierpnia 2013

Krem z groszku zielonego

Powiem Wam szczerze, że noszę się z zamiarem napisania książki. Szkopuł polega jednak na tym, iż za każdym razem kiedy obmyślam fabułę, wątki lub same już dialogi to jest to tak świetnie przemyślane i z takim jajem, że zaraz jak kończę wymyślać te historie to zaraz włącza mi się kolejna fantazja jak publikują mnie a potem dzwoni sam Spielberg, że chce mi tę powieść zekranizować. No cóż z tego, kiedy zasiadam do kartki to te super dialogi wydają się tandetne a pomysły rodem z harlekina. Widać muszę skupić się na gotowaniu. Ah jo. Więc oto zupa z zielonego groszku.

Groszek super eko- i bio- i naturalny w 100% bo z maminego ogródka, ale na tym świecie nic nie jest za darmo, gdyż ja osobiście razem z Tatą  skubaliśmy pińcet wiader tegoż groszku w pocie czoła przez trylion (dosłownie) godzin. 

Ale zupa pyszna! (jak kto groszek lubi :))




Zupa-krem z zielonego groszku

500 g świeżego bądź zamrożonego groszku zielonego
3 duże ziemniaki
rosół (ja dałam kostki rosołowe)
przyprawy (sól, pieprz, gałka muszkatołowa)

W bulionie/rosole gotować ziemniaki, jak będą w połowie miękkie, dodać groszek, jak wszystkie warzywa będą miękkie, doprawić i całość zblendować. Podawać z grzankami razowymi (razowy chleb w kostkę i na patelnię) i śmietaną.

Bon apetit!

piątek, 23 sierpnia 2013

Wielki kambak

No Hesus Maryja!

Dużo wody w rzekach upłynęło od mej ostatniej tu bytności. Składam oświadczenie, iż żyję, mam się dobrze i zacznę działać od początku już niedługo. W sumie to oprócz przerw w dostawie Internatu, rozjazdów, bezczelnego uprawiania smażingu i beachingu w Kroacji oraz odwiedzania ludzkości, to nie mam absolutnie nic na swoje usprawiedliwienie takiej nieobecności. W zasadzie to urlop minął tak szybko, że aż strach, który krystalizuje się przede mną w postaci poniedziałkowego powrotu do Fabryki. No cóż, że tak sę westchnę, nie docenilibyśmy uroków wakacji, gdyby nie codzienna, szara, mdła, nudna, pergaminowa, gazetowa, etc rzeczywistość, nieprawdaż?

Z tym retorycznym pytaniem zostawiam Was (jeśli chtokolwiek się tu ostał był) i mówię: Do zobaczenia wkrótce! :)


Funny Workplace Ecard: The first five days after the weekend are always the hardest.

środa, 5 czerwca 2013

Bożociałówka

Drogie Brawo, 

dostałam ostatnio cynk, że nieczęsto tu bywam i powinnam zwiększyć częstotliwość tu bywania, więc zamieszczam kuchenno-turystyczną relację z pobytu z Bożociałówki.

Mam parę uwag, komentarzy raczej:

1. Nie warto się odchudzać. W sensie nigdy, bo trzymasz linię, jedziesz na długi weekend, robisz dwa ciasta, jesz je w 2 dni, i wszystko curyk wraca. Bezsens.

2. Warto odwiedzać małe miejscowości. W pubie (miejscowość musi być na tyle duża coby posiadać pub) zapłaciłam za dżin z tonikiem 8 PLN. W Sopocie to zaczynasz gadać od 24 PLN (jak chto dobry jest z matematyki, se policzy).

3. Nie zabiera się pracy na długie weekendy. Po prostu się nie zabiera. I tak się niczego nie tknie. Oprócz ciasta, rzecz jasna, ale to jak kto ma ciasta w zawód wliczone. Czyli np. cukiernicy. Sens jest taki, że się nie zabiera pracy na długie weekendy.

4. Niczem w Anglii, ostatnio i w Polsce trzeba nosić kalosze, japonki, parasol i krem z flirtem ze sobą w jednym bagażu. Na stacji A zima i śnieg, trzaskające mrozy, na stacji B upał i skwar (trochę przesadziłam z przedstawieniem pogody, ale kumacie generalnie sens).

To tyle. Teraz do rzeczy. Wiadomo, że jak pierwsze wiosenne owoce i warzywa, to się rabarbar pojawi. Tera rabarbar, potem zapewne maleny się pojawią. Wszystko cyklicznie i się obraca i wraca do punktu wyjścia.

Wybaczcie brak entuzjazmu, alem zrypana jak pies. Odliczam do urlopu! Dwa poniedziałki jeszcze!!! :)

Drożdżówka z rabarbarem

przepis ze zdjęcia, fotografia wykonana ze starej książki kucharskiej mojej Mamy, nieco zmodyfikowana. W przepisie dali za mało mąki (ja wsypałam ze 125% więcej) i oczywiście między ciasto właściwe a kruszonkę wsadziłam około 600 g pociętego i wytarzanego w cukrze rabarbaru. Kruszonki też dwa razy więcej zrobiłam, bo lubię. 
Książka kucharska dzięki uprzejmości Mamy, zdjęcia rejonu dzięki Tacie :) a dwie nowe sukienki dzięki Siostrze :)







  














niedziela, 12 maja 2013

Sernik bananowy

Po sąsiedzku. W zamian za zajęcie się moim mieszkaniem podczas remontu, upiekłam sąsiadom sernik, którego kawałek mi przynieśli, gdyż muszę przecież "sama go spróbować". No naprawdę oni mili. W przeciwieństwie do robotników, którzy źle wykonali robotę i jeszcze mi chatę nabrudzili. Im sernika nie piekę. 

Najgorsze w weekendach jest to, że się szybko kończą. Jestem jakaś taka zmęczona i nie czuję się wypoczęta, mam jeszcze trochę roboty, a już zaraz ósma. Nie lubię poniedziałków. Ale byle do długiego weekendu bożociałowego :)






Sernik bananowy

1 kg sera na serniki
1 opakowanie budyniu (śmietankowego, waniliowego lub bananowego)
5 łyżek mąki (pszennej lub ziemniaczanej)
2 łyżeczki esencji waniliowej
4 dojrzałe duże banany
4 jajka
100 ml śmietanki do kawy (wydaje mi się, że kremówka też da radę)

plus dżem morelowy/brzoskwiniowy i kakao ciemne

Ser zmiksować z mąką i budyniem w proszku. Banany w misce rozciapkać widelcem, ugniataczem do ziemniaków bądź zblendować, po czym dodać do bananów wanilię i wymieszać. Miksować ser i dodawać po trochu banany i śmietankę oraz wbijać po kolei jajka. Piekarnik nagrzać do 175 stopni. Tortownicę (25 cm) wysmarować tłuszczem, na spód wyłożyć papier do pieczenia. Wlać masę serową i wstawić do pieca. Do piekarnika wstawić też naczynie żaroodporne z wrzącą wodą z czajnika. Sernik piec 60-75 min, jak po czasie zacznie brązowieć, można zmniejszyć temperaturę do 150 stopni.

Po upieczeniu i wystudzeniu pędzelkiem posmarować sernik dżemem i przez sitko posypać cienką warstwą kakao. Można udekorować bananami.

Smacznego.

sobota, 11 maja 2013

Orientalna potrawka z soczewicy

Dziś na ostro i wytrawno-soczewica.

Przez parę ostatnich dni lało i lało, jak tu chodzić do roboty i załatwiać rzeczy na mieście, nie mówiąc już o rozrywkach. Ale wczorajsza domówka się odbyła mimo to, i było fajnie. A moje ciasto z poprzedniego posta zniknęło, co mnie bardzo cieszy. Wyszło bardzo aromatyczne i pachnące. :)

Dziś bieg w Gdyni i obiad soczewicowy. I pogoda ładna, słońce świeci :)


I naleśnik, który się do mnie uśmiechnął (zanim go pożarłam :))


Potrawka z soczewicy

  • 1 średnia cebula, posiekana
  • 6-8 ząbków czosnku, posiekanego
  • 2 średnie marchewki, pokrojone w plastry
  • 2 szklanki czerwonej soczewicy
  • 5 pieczarek, pokrojonych w plastry
  • papryka, pokrojona w kostkę
  • mały słoik przecieru pomidorowego
  • sól
  • pieprz
  • zioła wg gustu
  • papryka ostra (ja daję dużo)
  • garam masala lub curry
  • olej do smażenia
Soczewicę gotujemy do miękkości (około 15-20 min), odcedzamy. Cebulę i czosnek obieramy i siekamy i podsmażamy na rozgrzanym oleju.

Do cebuli dodajemy pieczarki i marchew oraz paprykę. Podsmażamy. Dolewamy 1/2 szklanki wody i dusimy do miękkości. Dodajemy soczewicę, przecier i przyprawy. Dusimy jeszcze 5 minut. Podajemy z ryżem i zieleniną.

piątek, 10 maja 2013

Jabłecznik styryjski

I już po-re-mon-cie! Bilans strat i zysków niestety po stronie strat (niezaszpachlowana, jedynie zacementowana ściana odznacza się w miejscu, gdzie dookoła kwitnie farba duluks pod tytułem Rajska Plaża, pył i kurz, wywalone trzy kafle, nędznie potem położone plus zafugowane innym odcieniem fugi, straty moralne, duchowe i straty komórek nerwowych bo trzabyosienapić). Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły minusów.

Dziś na party domówkowe, więc piekę of kors. Tym razem nie miałam żadnego problemu z tym, co upiec, gdyż ludziom, do których idę, wystarczy wewalić jabłka z cynamonem do wszystkiego a będą się zajadać. Myślę też co mam na siebie włożyć, ale problem rozwiązał się sam, gdyż leje niemiłosiernie, więc kalosze, parasol i kurtka przeciwdeszczowa nasuwają się same. 

PS. Jak dobrze, że dziś piątek!!!








Jabłecznik styryjski

Ciasto:
500 g mąki
160 g masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
40 g cukru
szczypta soli
190 ml mleka

Masa:
1,5 kg jabłek
4 łyżki soku z cytryny
100 g cukru brązowego
skórka otarta z 1 cytryny
100 g rodzynków
100 g orzechów włoskich
1,5 łyżeczki cynamonu

Plus parę łyżek dżemu morelowego/brzoskwiniowego

Składniki na ciasto (masło zimne z lodówki) razem do miski i ugniatać aż do uzyskania gładkiej kuli. Ciasto jest kruche i twarde, więc na początku średnio idzie. Po ugnieceniu uformować kulę i do lodówki na 30-60 min.

Jabłka obrać, usunąć gniazda nasienne i zetrzeć na grubych oczkach do dużej miski. Dodać posiekane orzechy, rodzynki (też posiekałam, bo były duże), sok, skórkę, cukier i cynamon. Po chwili odcisnąć sok i ostawić. (Ten sok to najpyszniejsza rzecz na świecie, jabłkowo-cynamonowo-cytrynowe słodkie cudo!). 

Wziąć 3/4 ciasta, rozwałkować, wylepić nim dno i boki blaszki (moja dość mała blaszka 30x25). Wyłożyć na to jabłka. Resztę ciasta rozwałkować i wykrawać paseczki, które ukośnie układać na blasze. Mi zostało ciut ciasta, więc zrobiłam 3 ciasteczka :). Piec w 200 stopniach około 30-40 min do zrumienienia kratki.

Wyjąć z pieca i posmarować podgrzanym i rozpuszczonym dżemem. 

Smacznego!

sobota, 4 maja 2013

Warmia, remonty, sąsiedzi, tort makowy

Dłuuugo mnie tu nie było, w sumie nawet nie mam czym się usprawiedliwić :)

Alanis Morisette śpiewa, że jak potrzebujesz noża to wokół jest  jedynie10 000 łyżek. A jak zrobiłaś remont mniej niż rok temu i zapach farby nie do końca zszedł, to co będzie w bloku? Oczywiście: remont. Trzydniowy ale na całego-z całkowitym brakiem wody, skuwaniem ściany, pyłem, brudem i robotnikami w grubych butach na twojej posadzce w kolorze dąb kolorado. Zadzwonię do Alanis i poproszę o dodanie zwrotki specjalnie dla mnie o remontach. 
Sąsiad, bardzo miły i sympatyczny zobowiązał się do pilnowania, żeby robotnicy u mnie nie zrobili zbyt dużego bałaganu i nie skuli mi sześciu ścian aby wymienić małą rurę, więc już dziś na próbę przyszedł do mnie, aby zobaczyć jakie mam ściany. Po wydziubaniu mi w ścianie dziury, złamaniu jedynego dobrego do pomidorów noża, nie dowiedzieliśmy się jakież te moje ściany są. Nie mogę się doczekać remontu pełną gębą.

Majówka za to udana i pyszna. Na Warmii, dokąd pojechałam w odwiedziny i na zaproszenie. Żeby nie przyjeżdżać z pustymi ręcoma, upiekłam ponownie mój sernik karmelowy, który zniknął jeszcze szybciej niż ostatnio. Doczekał się jednak zdjęcia, które poniżej. Na wsi oczywiście wiejsko i sielsko, pogoda polska, w kratkę, mleko od krów żywych, nie kartonowych, jaja, sery, dużo spacerów, fajnych ludzi, zamek nawet do zwiedzenia. Ogólnie super :) Polecam Warmię.

Tort makowy z okazji świąt, ale przepis i łatwy i szybki (jak na tort, of kors). Słodki i makowy. Polecam!

Tort makowy 

Ciasto:
6 jajek
250 g suchego maku
5 łyżek zmielonych migdałów
150 g cukru pudru
120 g mąki
3 łyżki mąki ziemniaczanej 
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka esencji waniliowej

Masa:
500 ml śmietany kremówki
300 g białej czekolady

Oddzielić białka od żółtek. Białka ubić na sztywną pianę i dodawać stopniowo cukier puder, esencję i po żółtku. Resztę suchych składników połączyć (mak, mąki i proszek) i wmieszać do białek. Wymieszać łyżką. Wylać na tortownicę (25 cm średnicy) wysmarowaną tłuszczem i wysypaną bułką i piec 50 minut w 180 stopniach lub do suchego patyczka. Odstawić najlepiej na 1 dzień pod przykryciem. Przekroić na trzy blaty.
Śmietanę ubić na sztywno i dodawać powoli rozpuszczoną w kąpieli wodnej i ostudzoną białą czekoladę. Wymieszać.
Blat przenieść na paterę i nasączyć (300 ml wody+3 łyżki soku z cytryny+3 łyżeczki cukru+ewentualnie kropelka jakiegoś alkoholu). Nałożyć 1/3 masy, przykryć drugim plackiem, też lekko nasączyć i położyć 1/3 masy, przykryć trzecim plackiem, nasączyć i wyłożyć resztę masy. Można udekorować. Przełożyć w chłodne miejsce. Najlepszy po dwóch dniach.




Wersja wiosenna z motylkami











Mój sernik karmelowy, pigwówka na pierwszym planie i w tle :)



niedziela, 7 kwietnia 2013

Ciecierzycowy świat- Humus

Bardzo prosta matematyka:
Pragnienie zrobienia humusu + posiadanie bardzo słabego blendera = kuchnia i kucharka w ciecierzycy

I to jeszcze oczywiście wszystko robione na "za pięć" i robienie na zakładkę bo jak odrywałam się od tego pseudo-blendera to jeszcze sprzątałam łazienkę, szykowałam się do wyjścia, sprzątałam ciuchy etc etc.
Mam nadzieję, że jak przyjdzie już w końcu ta wiosna, to się ogarnę. Bo na razie to mi się chce non stop spać, zimniej mi niż zimą i jem jak ptaszek (struś w sensie).

Ale humus wyszedł pyszny, wyśmienita alternatywa dla osób niejedzących mięsa, gdyż ciecierzyca jest niezwykle bogata w białko, oraz dla sportowców (białko, białko, białko, to tworzy masę mięśniową). A że jestem i jednym i drugim, to tym bardziej. Plus muszę zrzucić parę deka przez te moje tłuste sery :)

Uwaga! Porcja dla pułku lub szwadronu! Radzę rozdać bądź zamrozić, bo wychodzi z tego około 7 ton humusu! :)



Humus

350 g suchej ciecierzycy
 43 g ziaren sezamu (około 5 łyżek)
3 duże (lub 4 małe) ząbki czosnku zgniecione przez praskę
sok z dużej cytryny
6-10 łyżek oliwy z oliwek
sól, pieprz, papryka ostra

Ciecierzycę namoczyć w wodzie (wody dużo, bo ciecierzyca mocno pęcznieje) 12h. Po 12 godzinach gotować ją w tej samej wodzie 1h. Wody nie wylewać. Po ugotowaniu i wystudzeniu ciecierzycy, przesypać ją do miski i dodać wszystkie pozostałe składniki w tym około pół szklanki wywaru z gotowania ciecierzycy. Porządnie zblendować w blenderze. Co jakiś czas próbować i manewrować solą, pieprzem i cytryną aż będzie smaczne. Jeśli pasta wyjdzie za sucha, dodać jeszcze oliwy lub wody z gotowania i jeszcze blendować. Ostateczny smak humusu jest zależny od indywidualnych preferencji. Ja wolę jak humus jest lekko kwaskowy i czosnkowy.



czwartek, 21 marca 2013

Przesilam się

Pewnie ktoś, kto mię zna, przeczyta tytuł posta i z marszu przeczyta: POsilam się, ale jednak nie. Zapewniam, iż obok mojej rodziny, pożywienie jest mi najbliższą rzeczą, to tym razem jedzenie jakoś mnie nie kręci. Przesilenie, czy też Przedwiośnie, czy jak to tam pierun zwał, dopadło i mnie. Na co dzień aktywna, pełna życia, zabaw, sportu, zajęc, jupi, hipi, sripi, a w dniach ostatnich, padłam na ryj niczym pomnik Hussaina czy innego Stalina. Inni się uczą jeździć konno, na blogach robią cuda i cudeńka wzorem z królewskich stołów z XIX-sto wiecznej Francji, a ja chodzę jak trup i chyba letko go też przypominam. Stąd to usprawiedliwienię się. A ostatnio moja Papieżyca w Fabryce, składa nam na ręce the polecenie_sużbowe. Ehem, oto i ono: Szanowni Państwo, proszę nie chorować! (tak na serio było). Ponoć ona nie może jak upchać tych zdrowych w miejsce starych (lub mniej dychających, bo całkowicie zdrowych to ja nie spotkawszy ostatnio) bo nie da się ich zastąpić. Na mym licu ino się maluje zdziwienie o wyrazie typu: jaktosięniedazastąpićskoronawetpapieżzłożyłwymówienie. Azaliż; w niedzielę mam bieg i odwiedzam gościów, a tu w poprzedzający poniedziałek przychodzi ból gardła, szyderczo się śmiejąc. Ale to dobrze, bo jednym z moich hobbi jest poszukiwanie życiowej ironii w życiu mem.

Dziś tylko (lub aż biorąc pod uwagę stan duszociała) rogaliki drożdżowe. Niby nic, ale weź wykręć to ciasto coby urosło!








Rogaliki drożdżowe:

2 3/4 szklanki mąki
13 dag margaryny/masła
8 łyżek cukru
5 dag drozdży
4 jaja
szklanka mleka
cukier wanilinowy
25 dag marmolady

Drożdże wkruszyć do garnuszka i wsypać 4 łyżki cukru i 2 łyżki ciepłego mleka. Wyrobić i odstawić, żeby rozczyn urósł. W misce jajka miksować z pozostałym cukrem i cukrem wanilinowym na piankę. Połączyć z resztą mleka i roztopionym i przestudzonym tłuszczem. Miksować i powoli dodawać mąkę. Dodać wyrośnięty rozczyn i wyrabiać ręką. Jeśli po chwili wyrabiania będzie za mokre, dodać trochę mąki, jeśli zbyt suche, można dolać letniego mleka. Wyrabiać ciasto dość długo, aż stanie się gładkie, lśniące i będzie uformowane w kulę. Położyć w misce, przykryć czystą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce aż urośnie (30-60 min). Po tym wyjąć, przerobić jeszcze raz i odrywać kawałki ciasta, które należy rozwałkować na okręgi, dzielić na trójkąty, nakładać na środek marmoladę, zwijać rogaliki. Układać na blasze, można posmarować roztrzepanym białkiem i piec w 180 stopniach do zrumienienia. Można polukrować.

wtorek, 19 lutego 2013

Ciasto czekoladowe

Czując presję umieszczenia przepisu przez Gunię  (http://jedzniekrzywdzkochaj.blogspot.com/), umieszczam. 
Ale najpierw anegdota sprzed lat wielu. Dziś nie piję kawy, ale w złotych czasach pijałam chętnie, z włoskiej kawiarki, z mlekiem, bez cukru. Kultura picia kawy towarzyszyła mi i mojemu ówczesnemu współlokatorowi na każdym kroku. Nie pijaliśmy niesmacznych i przesłodzonych kaw z sieciówek, tylko dobrą kawę w kawiarniach lub na balkonie, grzejąc się w słońcu i biorąc udział w loterii wizowej USA. Tyle ze wstępu.

Miejsce: Warszawa w złotym wieku, wykwintna kawiarnia
Czas: Złoty wiek.
Osoby: Ja, Znajomy, Kelner owej restauranty

Znajomy: Podwójne espresso poproszę.
Kelner: Z mlekiem?
Znajomy: (odchyla się ze zdumienia na krześle i patrzy na mnie)

Kurtyna.

Dla nie wtajemniczonych podpowiadam, iż espresso jest kawą czarną, bez mleka, ewentualnie z cukrem, więc kelner nie powinien był sugerować mleka. 

Ot, taka dykteryjka, która zmierza do celu posta, czyli przepisu na ciasto czekoladowe. W swoim przepisie zawiera kawę, której można wyczuć lekki posmak, nie jest smakiem dominującym. Ja nie przepadam za kawą w przetworach, ewentualnie czekolada kawowa połączona z białą! Pycha!

Ciasto jest odpowiednie dla wegetarian i wegan, co nie jest takie oczywiste, bo ostatnio natknęłam się na czeskie czekolady z dodatkiem... wieprzowiny lub pstrąga! 




Ciasto czekoladowe

Mała tortownica (24 cm)

2 1/4 szklanki mąki
1/2 szklanki kakao
1 szklanka cukru brązowego
1 łyżeczka sody
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
1 szklanka ciepłej kawy (można zaparzyć kawę naturalną i odcedzić fusy, można dać rozpuszczalną)
1/2 szklanki oleju roślinnego, np rzepakowego
1 łyżeczka wanilii (esencji)
100 g gorzkiej czekolady
cukier puder do posypania 

Sypkie produkty połączyć w misce, wymieszać. Płynne składniki wymieszać. Do płynnych dodawać po łyżce suchych i miksować aż do połączenia się w gładką masę. Po zmiksowaniu dodać posiekaną czekoladę.  Formę natłuścić, przelać ciasto. Piec nagrzać do 175 stopni i piec do suchego patyczka (30-45 min). Po upieczeniu i wystudzeniu posypać cukrem pudrem.

Gęstość ciasta zależy od pojemności szklanek. Ja użyłam tych komunistycznych, zwykłych szklanek o pojemności 250 ml więc ciasto było bardzo gęste, dodałam trochę więcej oleju i trochę wody, żeby mikser dał radę. Można dodać na rozcieńczenie wodę, kawę, mleko sojowe, mleko zwykłe lub jajko, wg uznania.